Na ekranie

Jakie powody do buntu miał Buntownik bez powodu?

Kadr z filmu Buntownik bez powodu

Kiedyś to były czasy… A teraz nie ma już czasów. Młodzi, odważni, szlachetni, szli na wojnę w duchu patriotycznych, bezinteresownych pobudek. I miłość była piękniejsza, bo taka jakby bardziej wartościowa, prawdziwsza. I odwaga była większa, bo stale wystawiana na próby. A teraz? No szkoda gadać.

Ale gdyby tak głębiej spojrzeć wstecz, to w czasach dobrobytu nastolatkowie nigdy nie byli herosami, którzy dadzą się zabić za ojczyznę. Poniżej o tym, dlaczego mający ponad  60 lat film Buntownik bez powodu Nicholasa Ray’a to opowieść o dzisiejszej młodzieży.

 

Dzielni chłopcy na wojnie

Właściwie całe wczesne lata 40 w historii kina amerykanskiego były jednym wielkim ciągiem filmów wojennych, które młodych, amerykańskich bohaterów stawiały na piedestale. No i oczywiście nic w tym nie ma złego, aby istotne wartości przekazywać poprzez popkulturę, tym bardziej jeśli wydarzenia polityczne przyćmiewają wszystko inne dookoła. Jeszcze przed 1940 rokiem Hollywood przekonywało pacyfistyczne amerykańskie społeczeństwo o tym, że Ameryka nie może patrzeć na wojnę z ciepłych domów z kominkiem i indykiem na kolację. Kiedy USA do wojny już przystąpiło, duża część filmów podsycała patriotyczne nastroje społeczeństwa, wychwalając pod niebiosa chłopaków z frontu. A przecież takich chłopaków miała każda rodzina. Każdy z nich był w końcu czyimś synem, bratem, czy narzeczonym. Każdego wojna w jakiś sposób dotknęła, tak samo jak każdego w jakiś sposób dotknął kult amerykańskiej armii. Wystarczy spojrzeć na filmy takie jak chociażby Sierżant York z Garym Cooperem (1941),  Sahara z Bogartem (1943), 30 sekund nad Tokio (1944), czy Żołnierze (1945). Wszędzie dookoła młodzi ludzie, którzy są w stanie oddać życie na wojnie.

 

Co złego, to nie my

No dobrze, w takim razie można rzec, że rzeczywiście kiedyś to BYŁY czasy. A teraz, patrząc na bohaterów kina (no i rozglądając się dookoła) czasów nie ma. Ale pewnego jesiennego dnia 1955 roku na ekranach pojawił się on. Przez nikogo nie rozumiany, zagubiony, szukający autorytetu z jednej i szacunku rówieśników z drugiej strony. James Dean jako Jim Stark w Buntownik bez powodu pokazał jacy naprawdę są nastolatkowie lat pięćdziesiątych (chociaż właściwie pokazał jacy są nastolatkowie bez względu na czasy, w jakich żyją). I co się stało potem? Konserwatywna, mieszkająca na przedmieściach, dojeżdżająca  do pracy swoimi wypolerowanymi samochodami , jedząca pieczonego indyka w każde Święto Dziękczynienia i uśmiechająca się do sąsiadów Ameryka przeżyła SZOK. Jak to młodzież ma problemy? Przecież mają w co się ubrać, mają gdzie spać, mają co jeść. Gangi motocyklowe, które zrzeszały dzieciaków nie starszych od ich ulizanych pociech może i owszem – robiły rozróby, ale przecież to był margines. Ale nasze dziecko?

Mieszkańcy Ameryki wiedli wtedy bajeczne, wyidealizowane życie, gdzie mężczyzna jako głowa rodziny zarabiał na jej utrzymanie, a kobieta dbała o dzieci i dom. Do dzisiaj kojarzona jest tzw. purytańska obyczajowość, której przejawy dało się zauważyć na każdym kroku. Moralności społeczeństwa strzegła cenzura obyczajowa, a hollywoodzkich twórców ograniczał Kodeks Haysa, który nie tylko zabraniał przedstawiania na ekranach scen przemocy czy seksu, ale nakazywał też, by w pozytywnym świetle pokazywać heteroseksualne małżeństwo i rodzinę – najwyższe wartości dla każdego porządnego Amerykanina. Nawet popularny wtedy rock&roll podtrzymywał wartości oraz niektóre poglądy i stereotypy klasy średniej.

 

Od tego dobrobytu to się w d****h poprzewracało

W świecie konserwatyzmu i konformizmu lat 50, wylewających się z każdego napotkanego roześmianego człowieka, nie było się nawet przeciwko czemu buntować. Państwo zapewniało dobrobyt, tak daleki stan dla ówczesnych mieszkańców chociażby państw Europy. Ale przecież młodość buntować się musi. Ma to we krwi i nie jest to bynajmniej wymysł XXI wieku. Młodzi Amerykanie postanowili więc stanąć w opozycji do idylli. Zaczęła się rodzić subkultura greaserów, potem także o wiele bardziej wpływowy ruch bitników.

Do tej pory filmowcy raczej nie starali się nawet próbować pokazywać codzienności młodych amerykanów z ich punktu widzenia. Udział młodzieży w konsumowaniu popkultury stawał się jednak tak duży, że trudno było nie zauważyć, tego, że młodych odbiorców zupełnie nie interesuje to, co aktualnie dzieje się na ekranach. Buntownik bez powodu był powiewem świeżości, ukłonem w stronę nowej generacji, ale i kijem w mrowisko. Słabi, powierzchowni, wręcz głupi rodzice pokazani w filmie, przedstawiali świat dorosłych w niezbyt dobrym świetle (którzy, na Boga, błagają syna, by nie szedł na policję zgłosić przestępstwo, w którym brał udział). Do tego młodzi buntownicy, których życiowe problemy znacznie wykraczają poza niespełnione miłostki, czy złe oceny w szkole, a którzy muszą zmierzyć się z niezrozumieniem, niedopasowaniem, czy zakazaną miłością. A to problemy, które w tym wieku znacznie rosną na znaczeniu.

Jim, Judy i Platon w jednej z kluczowych scen filmu Buntownik bez powodu
Jim, Judy i Platon przez kilka godzin byli dla siebie bliżsi niż rodzina.

 

Kto nie był głupim nastolatkiem, niech pierwszy rzuci kamieniem

Mamy tu Jima, pokazującego szerokie spektrum nieuzasadnionych zachowań, byleby tylko jakoś wejść do grupy rówieśników i zostać zauważonym przez rodziców. Mamy tu Judy, graną przez Natalie Wood (więcej o Natalie Wood możesz przeczytać tutaj) która, pomimo, że pozbawiona jakiejkolwiek seksualności i motywów swojej miłości, zakochuje się we wrogu swojego gangu i walczy z tym, by tego nie pokazać. Mamy tu Buzza – głowę gangu nastolatków, który na każdym kroku chce udowadniać swoją pozycję. I w końcu mamy tu chyba najbardziej tajemniczą postać Platona, który według wielu źródeł, był gejem (a tego cenzura oczywiście zabraniała bezpośrednio pokazywać), zakochanym w głównym bohaterze (osobiście skłaniam się ku tej interpretacji). Jednocześnie film genialnie pokazuje jak bardzo młodość jest naiwna i głupia, a z biegiem czasu problemy te okazują się błahostkami. I to jest w mojej opinii kluczowa wartość Buntownika bez powodu. To, że jest wyjątkowy w swojej ponadczasowości.  To, że nastolatek wcale nie równa się dorosły. To, że to właśnie dorośli powinni być tymi dorosłymi. To, że wreszcie ktoś zerwał klapki z oczu społeczeństwa i pokazał, że każdy z nas był młody i… głupi. Nie bez powodu w końcu zarówno oryginalny, jak i polski tytuł wybrzmiewa: Buntownik BEZ powodu.

Czy nie z tym samym stykamy się dzisiaj? Właśnie teraz, w czasach dobrobytu, czasach jeszcze bardziej doskonałych niż lata 50 XX wieku w Ameryce. Kiedy nastolatkowie nie muszą walczyć z realnym wrogiem, buntować się przeciw niesprawiedliwości państwa, czy zmagać z trudami wojny, buntują się przeciwko niczemu. A właściwie to buntują się przeciwko czemukolwiek.

I za każdym razem, jak stykam się z hasłem, że dzisiejsza młodzież jest głupsza od tej 50 lat temu czy nawet wcześniej, myślę sobie, że przecież to technologia i postęp w ogromnej mierze determinują zachowanie społeczeństwa. A filmowa Judy, gdyby żyła w 2018 roku, prawdopodobnie kolekcjonowałaby followersów na Instagramie. Bo co innego miałaby robić najpopularniejsza dziewczyna w liceum?

 

Buntownik bez powodu na Filmweb