Na ekranie

Najsłynniejsza mała czarna – ze „Śniadania u Tiffany’ego” na ulice

Śniadanie u Tiffany'ego - klasyczna mała czarna sukienka na Audrey Hepburn

Historia na pozór wydawać by się mogła prosta. Film zyskuje ogromną światową popularność, wszystkie kobiety zakochują się w stylu głównej bohaterki i zaczynają ją naśladować. Bęc — mała czarna sukienka wchodzi na salony, a zaraz potem pod igły każdej amerykańskiej gospodyni domowej. Jednak jej droga od pomysłu pewnego pisarza do garderoby pań całego świata nie była tak prosta, jak nowojorska ulica.

Capote pisze o prostytutce i… zyskuje uznanie

Listopad 1958. Truman Capote — pisarz i scenarzysta publikuje w magazynie „Esquire” jedno ze swoich opowiadań. Wkrótce potem „Śniadanie u Tiffany’ego” zostaje wydane w zbiorze nowel. To historia Holly Golightly — młodej kobiety, która w Nowym Jorku pracuje jako dama do towarzystwa. Holly szybko rozkochała w sobie Amerykanki. Capote poszedł za ciosem i sprzedał prawa do noweli hollywoodzkiej wytwórni Paramount. Zażyczył sobie jednak możliwość wpływu na wybór aktorki, grającej główną postać. Marilyn Monroe — to była jego wymarzona Holly. Tej jednak odradzono przyjęcie roli. Zagranie pani do towarzystwa groziło zniszczeniem jej i tak nie do końca grzecznej reputacji. Kiedy ostatecznie Paramount zdecydowało się obsadzić w tej roli Audrey Hepburn, Capote nie ukrywał oburzenia. W przedpremierowych wywiadach powtarzał, że czuje się oszukany. Tym bardziej że także w scenariuszu dokonano wielu zmian. Cenzura amerykańskiego kina stała na straży moralności widzów. Nic nie mogło być powiedziane bezpośrednio. Szczególnie profesja Holly.

Marilyn Monroe była ulubienicą pisarza Trumana Capote. Chciał, żeby to ona, nie Audrey Hepburn zagrała w adaptacji jego "Śniadania u Tiffany'ego"
Poznali się na planie w 1950. Capote tak zafascynował się postacią Marilyn Monroe, że napisał „Piękne dziecko” – kilkustronicowe opowiadanie w całości poświęcone aktorce.

 

Modern Woman z Piątej Alei

Jeszcze pięć lat wcześniej taki film pewnie w ogóle nie miałby szans powstać, a nawet jeżeliby powstał — prędzej wywołałby oburzenie, niż uwielbienie widowni. Czasy jednak powoli się zmieniały. Purytańska Ameryka powoli zauważała prawa (a raczej ich brak) kobiet, feministki drugiej fali sprzeciwiały się ich tradycyjnym rolom i pozycji na rynku pracy. Filmowcy również decydowali się na coraz odważniejsze posunięcia. W takich warunkach w 1961 roku nakręcono „Śniadanie u Tiffany’ego”. Holly nie jest typową mieszkanką przedmieścia — żoną, matką i strażniczką ogniska domowego. Jest sama w wielkim mieście. Jest singielką. Jest na własnym utrzymaniu. Jest (chociaż to nie zostaje powiedziane wprost) prostytutką (lub jak kto woli – panią o towarzystwa). Jest zarodkiem tego, co nazwano Modern Woman. Kobieta nowoczesna.

Śniadanie u Tiffany'ego przedstawiało społeczeństwu amerykańskiemu ideę Modern Woman. Na zdjęciu kadr z filmu. Holly zasypia nad kieliszkiem wina.

 

Zachwyca od pierwszej sceny. W eleganckiej, czarnej sukni, wielkich okularach i zasłaniającej cały dekolt, kosztownej biżuterii wysiada z taksówki, popijając kawę na wynos i wgryza się w croissanta. To nie jest typowa widokówka z nowojorskiej 5th Avenue, nawet wtedy. Film pojawia się w kinie, ludzie żądni dawki kultury rozsiadają w Sali, a projektor wesoło trzeszcząc, prezentuje widzom scenę otwarcia filmu. Mała czarna pojawia się na wielkim ekranie i trochę budzi zgorszenie. To, co właśnie widzą, zupełnie nie wpisuje się w definicję kobiecego stroju późnych lat 50 (kiedy roześmiana Doris Day nawołuje, by nosić kwiaty i wiązać pasy w talii).

Jak Givenchy przywiózł Paryż do Nowego Jorku

Dlaczego tak się dzieje? Cofnijmy się na chwilę o trzydzieści lat. Coco Chanel projektuje pierwszą małą czarą w historii. Jest prosta i skromna. W niczym nie przypomina bogatych stylizacji z innych stron Vogue’a. Ktoś nazywa ją Fordem T (nawiązując do Forda Model T, uznawanego za najdoskonalsze auto swoich czasów). Kobiety wreszcie mogą poczuć się swobodnie, nic dziwnego, że ogłoszoną ją symbolem emancypacji.

Coco Chanel i jej mała czarna sukienka w 1935 roku.
Mała czarna Coco Chanel była prawdziwą rewolucją.

 

Po wojnie mała czarna z hukiem powróciła na salony — wszystko dzięki kolekcji New Look od Diora. Wyrafinowany luksus, tak nosiły się eleganckie panie z Europy. No właśnie, z Europy. W Stanach czerń przywodziła na myśl termin, który wciąż trochę powodował drobne dreszcze na plecach — FEMINIZM. Filmowe kreacje femme fatale nie poprawiały sytuacji bogu ducha winnej czarnej sukience. Nie powinna więc już dziwić reakcja na wystrojoną Holly, pożerającą w locie śniadanie przy sklepowej witrynie. Paryż — przywodziły na myśl stroje z filmu. I nie bez przyczyny. Kiedy Edith Head, kostiumograf pracująca przy „Śniadaniu u Tiffany’ego”, zobaczyła, co takiego stworzył zatrudniony do tego celu francuski projektant Huberta de Givenchy’ego, obawiała się reakcji widzów. Co prawda Givenchy z sukcesem tworzył już stroje do filmów z Hepburn (do „Sabriny” i „Zabawnej buzi”), ale, na Boga, ich akcja działa się w Paryżu! Co Holly, prosta dziewczyna z Teksasu miałaby robić w ubraniach high fashion? Widzowie mieli dwa wyjścia – albo ją pokochać, albo znienawidzić. Wybrali to pierwsze.

Givenchy i Audrey Hepburn w małej czarnej sukience.
O Audrey Hepburn często mówi się jako muzie Givenchy’ego. Odpowiadał za projekt nie tylko małej czarnej, ale dużej części jej garderoby.

Mała czarna opanowuje Stany

Krążą teorie, że wszystkie kreacje ze„Śniadania u Tiffany’ego” zostały dobrane celowo, by zapoznać Amerykanów z ideą Modern Woman. Czarna, prosta sukienka na ciele wątłej Hepburn miała pokazać kobietom, że kobiece krągłości wcale nie są im potrzebne, by czuć się atrakcyjnie. Na ubrania wcale nie trzeba też wydawać dużo pieniędzy, a styl glamour jest dostępny na każdą kieszeń. Moda łamała ograniczenia związane z klasą społeczną. Wszyscy zapomnieli, że Holly ma na sobie rano wieczorową małą czarną, bo wraca z całonocnej w towarzystwie sponsorów, zapomnieli, że w jej mieszkaniu panuje wieczny bałagan, zapomnieli, że trzyma szpilki w lodówce, zapomnieli, że nie chce i nie potrafi się ustatkować. Kobiety z całego świata zapragnęły być jak Holly – eleganckie i czarujące, ale wciąż naturalne, z niewymuszonym wdziękiem. Małe czarne w przeróżnych odsłonach masowo pojawiały się na ulicach, nie tylko Nowego Jorku.

Hepburn stała się jeszcze większą, światową ikoną stylu. Sam Givenchy przyznał w wywiadzie dla „Vanity Fair”:

Widziałem, sam nie wiem jak wiele młodych kobiet w małych czarnych sukienkach, albo wąskich spodniach noszonych z czarnym t-shirtemWydawały się kochać Audrey bardziej ze względu na jej ubrania, niż filmy, w których zagrała — możliwe, że nawet nie znały tych filmów w ogóle. Kiedy odwiedziłem mojego przyjaciela, jego córka zapytała, czy mam jakąś sukienkę Audrey. Chciała ją przynajmniej zobaczyć, dotknąć.

Nie tylko Givenchy dostrzegł jej potencjał. Gwiazda jeszcze w 1961 roku znalazła się na liście „Najlepiej ubranych ludzi świata”. Przez swoją karierę Audrey nosiła się skromnie, a jej styl i fryzura beehive kopiowały kobiety na całym świecie.

Audrey Hepburn to nie tylko mała czarna. Jest ikoną stylu do dzisiaj.

A mała czarna? Do filmu uszyto aż trzy egzemplarze: jedną otrzymała Hepburn, druga w 2006 roku została sprzedana na aukcji za ponad 800 tysięcy dolarów (jako ósmy najdrożej sprzedany rekwizyt w historii), trzecią podziwiać można w Museum of Costumes w Madrycie.

Klasyka – najlepsze słowo, podsumowujące małą czarną. A.H. Edelman, autorka książki „The Little Black Dress” nazwała ją symbolem wolności wyboru każdej kobiety. Prawem do uczestnictwa w dziejach świata. Deklaracją: tym razem ubieram się po swojemu.

„Śniadanie uTiffany’ego” na Filmweb