Ludzie kina

Marlon Brando – rewolucja z pogardy dla kina

Marlon Brando - rewolucja w aktorstwie

Marlon Brando gardził aktorstwem. Niespecjalnie się też z tym krył. W prawie każdym z niewielu udzielonych przez niego wywiadów krytykował Hollywood i cały przemysł filmowy. Co więc sprawiło, że zachowując takie nastawienie do dzisiaj uznawany jest za jednego z najwybitniejszych aktorów wszech czasów oraz, przede wszystkim, że raz na zawsze odmienił światowe aktorstwo? W 14 rocznicę śmierci wielkiego Marlona Brando udajmy się w podróż do jego niezwykle intrygującego umysłu.

Zbuntowany ulubieniec nauczycieli

Urodził się w 1924 roku w Omaha w stanie Nebraska jako syn irlandzkiego imigranta oraz aktorki-amatorki.  Pomimo wychowania w  wierze Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki, w domu doświadczał przemocy i już jako nastolatek został wydalony ze szkoły militarnej za niesubordynację. Po latach przyznał, że zawsze miał problemy z poszanowaniem autorytetów (co sprawiało mu wiele kłopotów na planie). Uniknął pójścia na wojnę ze względu na poważną kontuzję kolana. Marzeń o aktorstwie pozazdrościł dwóm starszym siostrom i to z nimi jako 18-latek wyjechał do Nowego Jorku, szukając szczęścia w karierze scenicznej. Pomiędzy staniem w kolejkach na castingi zaczął chodzić na warsztaty Actors Studio. Zakochał się w aktorstwie z wzajemnością. Był ulubieńcem Stelli Adler, która jako pierwsza zapoznała go z tak zwaną metodą Stanisławskiego.

Zatrzymajmy się na chwilę na Actors Studio i samej metodzie aktorstwa, bo to one przyczyniły się bezpośrednio do tak wielkiego sukcesu Brando. Actors Studio, czyli stowarzyszenie, które zrzeszało reżyserów teatralnych, dramatopisarzy i aktorów zostało założone w 1947 roku między innymi przez reżysera Elię Kazana (którego postać także była niezwykle ważna dla rozwoju kariery Marlona). Dwa lata później dołączył do niego Lee Strasberg, który objął stanowisko dyrektora artystycznego. To Strasberg zapoznał kierownictwo z dorobkiem Rosjanina Konstantego Stanisławskiego, który to na początku lat 20 eksperymentował z grą aktorską. Jego metoda oparta była na realizmie psychologicznym granych postaci. To aktor miał być tutaj najważniejszy, nie sama postać. Aktor nie odgrywał roli – on BYŁ rolą. Strasberg postanowił przenieść tę ideę na grunt amerykański. Wielkim zwolennikiem tego rodzaju aktorstwa był Elia Kazan – reżyser, w filmach którego rozbłysła gwiazda wielkiego Marlona Brando. W jednym z wywiadów po latach Brando powiedział o Strasbergu:

Po moich pierwszych sukcesach, Lee Strasberg usiłował przypisać sobie zasługi, dzięki temu, że nauczył mnie, jak grać. On jednak niczego mnie nie nauczył.(…) Był ambitnym, samolubnym człowiekiem, wykorzystującym uczniów, którzy uczęszczali do Actors Studio i próbującym zachować wizerunek siebie jako guru aktorstwa. (…) Strasberg nigdy nie nauczył mnie grać. Zrobili to Stella Adler, a później Kazan.

Elia Kazan, Marlon Brando, Julie Harris i James Dean w 1955 roku.
Elia Kazan, Marlon Brando, Julie Harris i James Dean w 1955 roku.

 

Jak Brando został kurczakiem

Adler zachęcała swoich uczniów do głębokiego, zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego wnikania w postaci. Słynna jest historia z jednych z zajęć, w których Adler kazała uczniom zachowywać się jak kurczaki, na które ma spaść właśnie bomba nuklearna. Większość klasy biegała dziko po sali, jednak Marlon Brando miał siedzieć w kącie i udawać, że znosi jajko. Zapytany przez Adler, czemu zdecydował się na takie zachowanie, odpowiedział podobno: Przecież jestem kurczakiem, co ja wiem o bombach?

Prawdziwą miłością Brando był teatr. Tutaj pierwszy raz usłyszał, że jest w czymś dobry. Zakochał się w sztukach na podstawie Szekspira, a sama postać pisarza wpłynęła bardzo znacząco na jego życie. Podobno leżącego po zajęciach Brando w pomiętej koszulce spotkał na korytarzy Elia Kazan. Niedługo po tym zdarzeniu 22-letni Marlon  zagrał drugoplanową rolę w jego spektaklu „Truckline Cafe”. Publiczność reagowała na młodego aktora burzą oklasków w każdej scenie, w której się pojawił. Reżyser docenił jego talent i po kilku latach zaproponował Brando główną rolę Kowalskiego w broadway’owskiej sztuce „Tramwaj zwany pożądaniem”. To był przełom. Brando jako teatralny Stanley Kowalski wprowadził powiew świeżości na scenę. Jego język ciała i prowadzenie dialogu (przerywniki, powtarzanie się, mamrotanie) były całkiem niepodobne do tego, co dotychczas publiczność widziała. Były jakieś takie… ludzkie.

To samo pokazał jako Kowalski już nie na deskach teatru, a srebrnym ekranie, gdy Kazan bez wahania postanowił dać początkującemu aktorowi szansę na występ w reżyserowanym przez siebie filmowym „Tramwaju…”. Marlon Brando miał bardzo luźne podejście do dialogu. Metoda, którą się posługiwał w swoim aktorstwie pozwalała na pełną swobodę. On nie wiedział, co dokładnie powie. Wiedział tylko JAK powie. Idąc za radami Stelli Adler, przy każdej roli inspirował się jakimś zwierzęciem. W przypadku „Tramwaju…” była to małpa. Niesamowite, jak olbrzymią różnicę w sposobie grania widać pomiędzy nim, a resztą obsady. Wystarczy spojrzeć chociażby na tę scenę:

 

Mistrz autentyczności, czyli Metoda Stanisławskiego

Krytycy mówili, że takie luźne prowadzenie dialogu wynikało z jego niechęci do uczenia się ról. Cóż, coś na pewno w tym było, bo do historii przeszło już słynne obwieszanie wszystkich przedmiotów spoza kadru kartkami z kwestiami Marlona. Nie można go było jednak z pewnością nazwać leniwym. Do swojej pierwszej roli filmowej, gdzie grał  sparaliżowanego weterana wojennego w „Pokłosie wojny” w 1950 roku, przygotowywał się spędzając miesiąc w łóżku w szpitalu dla wojskowych.  Już wtedy po premierze nowojorskie magazyny rozpisywały się o jego prawdziwości, bijącej z ekranu.

Po olbrzymim sukcesie „Tramwaju…” i kolejnej genialnej roli u Kazana (w „Na nabrzeżach”, za którą otrzymał swojego pierwszego Oscara) przyszedł czas na kolejne filmy. Do każdej z nich skrupulatnie się przygotowywał, by być jak najbardziej autentycznym. Przed zagraniem w „Viva Zapata!” nie tylko przeczytał kilkadziesiąt książek historycznych, by poznać kontekst opowieści, ale nawet wyjechał na pewien czas do Meksyku, skąd pochodziła jego postać.

Często na kilka miesięcy przez rozpoczęciem zdjęć wyjeżdżał do miejsc pochodzenia postaci, bądź miejsc kręcenia, by nabyć lokalnych akcentów i gestów. Do roli w „Bunt na Bounty” kupił ponad sto książek o kulturze i historii polinezyjskiej, uczył się nawet języka tahitańskiego, tłumacząc niektóre sceny z filmu dla nadania im większej autentyczności. W „Ojcu Chrzestnym” chciał, aby jak najbardziej go pobrzydzono, a przez cały film grał w specjalnej protezie w szczęce. Naciskał na reżyserów na to, by mógł swobodnie modyfikować scenariusz i dialogi. Wyrzucał wszystko to, co było jego zdaniem niepotrzebne w scenie. Mniej znaczyło dla więcej. Potrafił doskonale grać ciszą, spojrzeniem, gestem.

Do roli w Ojcu Chrzestnym Marlon Brando miał zakładaną specjalną protezę oraz robiony makijaż zębów
Przed każdym dniem zdjęciowym „Ojcu Chrzestnym” nakładano Brando nie tylko protezę, ale i makijaż uzębienia.

 

Kogo i czego nienawidził Marlon Brando?

W czasie największych sukcesów jednocześnie ostro krytykował samo Hollywood  i drwił z aktorów. W 1973 roku odmówił przyjęcia Oscara za rolę w „Ojcu Chrzestnym” jako znak protestu przeciw dyskryminacji Indian w kinie i ich fałszywemu przedstawianiu, szczególnie w westernach. Powiedział też kiedyś:

Śmieszą mnie ludzie, którzy nazywają film sztuką, a aktorów artystami. Rembrandt, Beethoven, Szekspir, Rodin – to byli artyści. Aktorzy są jedynie wyrobnikami w tym biznesie i pracują dla pieniędzy. Między innymi dlatego mówi się o kinie jako o przemyśle filmowym. 

Dla wielu jednak jego metoda aktorska stała się wzorem do naśladowania. Podobnego geniusza chciano uczynić także z Jamesa Deana, który u szczytu swojej młodzieńczej kariery zginął w wypadku samochodowym. Brando nigdy nie krył niechęci do Deana (chociaż mówiło się o ich homoseksualnym romansie), tym bardziej po tym jak Kazan w „Na wschód od Edenu” to właśnie Deana, zamiast jego umieścił  w głównej roli.  Brando nigdy nie krył właściwie niechęci do nikogo. Dziesiątki romansów zarówno z kobietami i mężczyznami, głośna działalność polityczna i społeczna (często w opozycji do przedstawicieli kinematografii amerykańskiej), awantury na planie i ogromne gwiazdorzenie, w końcu liczne małżeństwa, więzienie syna i samobójstwo córki sprawiły, że nie był najbardziej uwielbianą osobą Hollywood. Jakim by jednak nie był człowiekiem, zapisał się grubą kreską na kartach historii światowego kina, dając inspirację kolejnym pokoleniom. A kolejne filmy traciły powoli swoją sztuczność. Trzeba przyznać, że w porównaniu do wielu klasyków z początku poprzedniego stulecia, wszystkie filmy z Brando trzymają swoją świeżość i do dziś dobrze się je ogląda.