Na ekranie

“Psychoza” – wszystko, czego nie wiemy o ludziach

Psychoza – wszystko, czego nie wiemy o ludziach

Jeśli nie widziałeś jeszcze Psychozy Hitchcocka, może lepiej nie czytaj tego tekstu. Zepsujesz sobie prawdopodobnie jeden z najlepszych seansów, jakie masz okazję przeżyć (chociaż najważniejszej niespodzianki nie ujawniam). I zazdroszczę Ci, że wciąż masz go przed sobą. Co jest takiego w jednym z najsłynniejszych filmów grozy wszech czasów? Dlaczego każdy ten film zna, nawet jeśli go nie oglądał?

Przemoc rodzi przemoc?

Nawet kilkadziesiąt lat po premierze, na YouTube wciąż można znaleźć co najmniej trzy wywiady z Hitchcockiem nagrane po wyjściu Psychozy do kin. Za każdym razem dziennikarze MUSIELI zadać to jedno najważniejsze pytanie. Jak tak szalenie brutalny (ok, na tamte czasy brutalny) obraz wpływa na odbiorców? Czy przemoc na ekranie powoduje taką samą przemoc w realnym świecie? Stawiali go tymczasem przed kwestią, którą od lat badają medioznawcy. I, „o dziwo” od lat owi medioznawcy nie mogą dojść do konsensusu. Czy przemoc w mediach pobudza naszą agresję, czy może od niej uwalnia?

Psychoza - scena z nożem

 

Hitchcock zawsze, niczym wyuczoną mantrą odpowiadał:

Powiedziałbym, że film ma wpływ, ale na chore umysły, a nie zdrowe. Jakiś facet w Los Angeles zabił trzy kobiety. Trzecie morderstwo popełnił podobno po obejrzeniu mojego filmu. Pytanie jest jedno – jaki film obejrzał przed drugim morderstwem? A co jeśli przed pierwszym morderstwem tylko wypił szklankę mleka?

Za każdym razem ze spokojem na twarzy, jak gdyby odpowiedź była tak oczywista, jak to, że słońce wschodzi każdego poranka. I trudno się z nim nie zgodzić (chyba że jest się jedną z tych osób, które sądzą, że granie w strzelanki niezaprzeczalnie uwalnia agresję wśród nastolatków). Jednak, czy Psychoza w magiczny sposób pobudza jakieś komórki mózgowe odpowiedzialne za zabijanie, czy nie, trzeba przyznać jedno. Sceny morderstw w Psychozie są majstersztykiem. Z trzech powodów.

Psychoza, czyli dźgnięcia noża, które chcemy poczuć

Hitchock miał obsesję na punkcie ruchu kamer i montażu (to ta kolejna obsesja, którą pominęłam przy wpisie o obsesjach). Żadne ustawienie kamery nie było u niego przypadkowe. Zacznijmy od końca, czyli od drugiego morderstwa. Detektyw wchodzi po schodach. Widz jest świadomy tego, że morderca na niego już czeka. Wie, że TO się stanie. Ale NIE WIE, KIEDY. I czeka.

Hitchcock przenosi więc kamerę wysoko, pod sam sufit. Widzimy wszystko, możemy wszystko. Niczym podczas grania w Simsy. Niby wszystko możemy, ale tak naprawdę to nic nie możemy.

Facet spada ze schodów, a my, chociaż nie mamy na to ochoty, podążamy za nim. Swoją drogą, ten motyw spadania Hitchcock wykorzystał w kilku poprzednich i następnych filmach.

Cięcie. Ręka z nożem w powietrzu. Zbliżenie. Cięcie. Cios. Szok. Masz już spocone ręce?

Wróćmy do sceny pod prysznicem, która bez wątpienia jest w każdym rankingu top 10 najsłynniejszych scen filmowych w historii kina (no dobra, oczywiście nie widziałam wszystkich rankingów top 10 najsłynniejszych scen filmowych w historii kina, ale chyba rozumiesz, co mam na myśli). Hitchcock nie tworzył w XXI wieku, kiedy fragmenty wnętrzności mogą fruwać przed ekranem, a krew tryskać z każdego otworu ludzkiego ciała.

Był rok 1960 i cenzura nie pozwalała na to, by morderstwo pokazać w ogóle. (Swoją drogą nie można było też pokazać nagiej kobiety, ale to rozwiązano cielistym kostiumem z moleskinu). Problem, czy wyzwanie?

Psychoza - scena pod prysznicem

Finalnie dostaliśmy dokładnie 78 krótkich pociętych fragmentów w dokładnie 32 sekundy. Scenariusz nie zawierał żadnego szczegółowego opisu. Facet atakuje kobietę pod prysznicem, koniec. Z pomocą przyszedł Saul Bass, który wykonał storyboard – zbiór obrazków, które dosyć realistycznie pokazywały każde kolejne ujęcie.

Each cut was a cut – każde cięcie było dźgnięciem.

Jak zmasakrowane musiało być ciało biednej Marion, tego raczej się nie dowiemy (chyba że ktoś wpadnie na ten kiepski pomysł i zrobi jakiś krwawy remake). Scenę nagrywano przez siedem dni. Jedną trzecią czasu pracy Janet Leigh (która gra ofiarę). Mieli problemy z oświetleniem, z ciepłą wodą, z krwią i dźwiękiem. Finalnie za dźwięk ciosów posłużyło dźganie melona, a za krew – czekoladowy syrop (podobno spływał do odpływu identycznie, jak krew).

Psychoza, czyli ciarki, które chcemy słyszeć

Kiedy teraz ogląda się Psychozę, szybko można zauważyć, że muzyka robi tutaj sporo roboty (sam Hitchcock przyznał, że była to 1/3). Aż trudno uwierzyć, że w pierwotnym zamyśle reżysera, w scenach zabójstwa miało muzyki nie być w ogóle. Bernard Herrmmann – kompozytor filmowy, który już od pięciu lat współpracował z Hitchem, pokazał mu jednak scenę pod prysznicem w wersji z muzyką i bez niej. Trzeba było więc zmienić zdanie.

Norman Bates czy matka? Finałowa scena.

Motyw muzyczny z Psychozy okazał się tak charakterystyczny, że wykorzystywano go w kinie dużo później (na przykład w Gwiezdnych wojnach: część IV – Nowa nadzieja). Herrmmann mówił, że charakter muzyki jest tak elastyczny, bo musiał wpasować się w całą historię. Gdy akcja i montaż rozgrywają się powoli, muzyka spowalnia. Im więcej cięć, czym bardziej dynamiczna ścieżka i budowanie napięcia. Te „urwane” dźwięki, tak bardzo dziś charakterystyczne w filmie miały wielki wpływ na to, jak wygląda ścieżka dźwiękowa do dzisiejszych thrillerów. Szkoda tylko, że Akademia go nie oceniła…

Psychoza, czyli zabawa, której chcemy się bać

Hitchcock doskonale dostrzegł pewną zależność, jaka rządzi światem. Tę cienką granicę między straszeniem a rozbawianiem. Dlaczego większość słabych horrorów jest dla nas taka śmieszna, podczas gdy te dobre  oglądamy między palce?

Janet Leigh i Alfred Hitchcock na planie Psychozy

Reżyser wspomniał, że kluczem do umiejętnego wywoływania strachu wśród widzów jest… poczucie humoru. Trzeba tylko wiedzieć, jak zrobić z niego użytek. Robienie horroru jest niczym matka, która krzyczy BU!, żeby przestraszyć swoje trzymiesięczne dziecko. Cel jest taki sam. Bawi nas, gdy kogoś straszymy. I zazwyczaj bawi nas to, że się boimy. Co odróżnia nas od łysego, śmiejącego się do matki brzdąca? (chociaż może powinnam powiedzieć bąbla?). Strach jest ucieczką od samego siebie, od swoich emocji. To sedno filmów Hitchcocka. Jak sam mówił – jedyne co robił, to starał się rozumieć psychologię widzów. Miał stworzony w głowie plan złożony z elementów, które będą szokować.

Kolejna hollywoodzka historia miłosna? Nie tym razem.

Na tej zasadzie jest skonstruowana struktura filmu. Najpierw dostajemy historię seksownej sekretarki, która jest szaleńczo zakochana w mężczyźnie, ale ich jedyny kontakt ogranicza się do sporadycznych hotelowych schadzek. Co ciekawe, reżyser nie pozwalał wpuszczać widowni do kin w trakcie trwania filmu, żeby nie ominęli początku. Film zaczyna się kilkudziesięciominutowym wprowadzeniem do opowieści o zakochanej kobiecie, która kranie pieniądze i ucieka w świat. 

Janet Leigh i John Gavin na planie Psychozy

Wszystko po to, by nagle nasza główna bohaterka została zabita przez właściciela przydrożnego motelu. Warto zauważyć, w którym momencie umiera. Czy Marion Crane z Psychozy była zła? Nie sądzę. Ona zaczyna żałować właściwie już od samego początku. Kiedy pożerana przez wyrzuty sumienia tworzy najbardziej sensowny plan wyjścia ze swojej sytuacji, bierze prysznic. Oczyszcza swoje ciało i umysł. I zostaje zabita. Jej dusza została już na zawsze skażona. Widać to doskonale w strojach bohaterki. Biel biustonosza w początkowych scenach kontrastuje z czarnym noszonym tuż przed śmiercią. Karma wraca.

Pułapki naszej głowy

Nie bez powodu nie wspominam tutaj o Normanie Batesie. Napisano o nim już chyba wszystko. O znaczeniu jego relacji z matką ( i tym samym relacji z matką każdego z nas), o freudowskiej analizie jego problemów, o jego jąkaniu się (czapki z głów dla Anthony’ego Perkinsa za genialną rolę), o znaczeniu obrazów Hoppera, które zakrywały dziurę, przez którą podglądał swoich gości. Ale to tak naprawdę nie ma znaczenia. Wciąż nic o nim nie wiemy.

Dziura w ścianie Normana Batesa - Psychoza

Nasz problem polega na tym, jak mało wiemy w ogóle. Nie znamy samych siebie. Nie wiemy, kiedy nadchodzi TEN moment, kiedy wpadamy w pułapki psychozy. Nie wiemy, czy nie jesteśmy zdolni, by zabić. Nie wiemy, czy nie jesteśmy zdolni, by ukraść. 

Nie wiemy, czy w hotelu nikt nie podgląda nas przez dziurę w ścianie.

Nie wiemy, czy Norman kiedykolwiek pozbędzie się swojej matki.

Nie wiemy, ile zatopionych samochodów kryje się jeszcze w tym bagnie.

W końcu, jak powiedział nam sam Hitchcock:

Film powinien być mocniejszy niż powód.