Na ekranie

„Skłóceni z życiem” – zbyt krótki film o przemijaniu

Skłóceni z życiem - Marilyn Monroe i Clark Gable

Kiedy na ścieżce życiowej spotykają się ludzie zagubieni, samotni i na swój własny sposób nieszczęśliwi, ich wspólna historia raczej nie wróży nic dobrego. Kiedy na jednym planie filmowym spotykają się ambitna gwiazda, której czasy świetności przeminęły już jakiś czas temu, zagubiona ikona popkultury, uzależniona od leków i pogrążony w depresji po ciężkim wypadku aktor, to ich wspólna historia wróży właściwie jeszcze gorzej. Jest jednak coś hipnotyzującego w ich wspólnym cierpieniu. Tym “czymś” jest przemijanie, które przez 2 godziny i 4 minuty obserwujemy w Skłóconych z życiem.

Zlot upadłych ikon

Skłóceni z życiem zaczęli jako krótka nowela, która wyszła spod pióra dramaturga Arthura Millera. Czekał właśnie na rozwód ze swoją pierwszą żoną, ale w głowie już planował kolejne małżeństwo – tym razem z Marilyn Monroe. Tak, właśnie TĄ Marilyn Monroe. Szybko jednak zaświtało mu w głowie, że w sumie to ludzie aż tak bardzo to nie lubią czytać. I tak po kilku poprawkach i zaangażowaniu w projekt Franka Arthura (producenta) i Johna Hustona (reżysera) zaczęła się praca nad obrazem, który do dziś wywołuje u mnie ciarki. I u ciebie też wywoła.

 Montgomery Clift, Marilyn Monroe i Clark Gable na planie filmu Skłóceni z życiem
Na dole od lewej: Montgomery Clift, Marilyn Monroe i Clark Gable.

Obsada była doborowa. Clark Gable, chociaż już nie w kwiecie wieku, wciąż chciał wszystkim coś udowodnić i sam sobie stawiał poprzeczkę wyżej, niż mógł sobie na to pozwolić. Montgomery Clift – niemal upadła gwiazda Hollywood po poważnym wypadku samochodowym, w którym sparaliżowało mu cześć twarzy. I Marilyn Monroe – wielka ikona z jeszcze większymi problemami. Chyba tylko głupiec byłby w stanie uwierzyć, że uda się to nakręcić szybko i bezboleśnie. Nad ekipą przez cały czas wisiały czarne chmury.

Małżeńskie dramaty Marilyn Monroe

Praca w 40-stopniowym upale na pustyni w północnej Nevadzie i ciągłe kłótnie pomiędzy Millerem i Monroe były tylko przerywnikami w momentach oczekiwania na wielką gwiazdę. Sfrustrowany Huston miał ją podobno traktować jak idiotkę. W końcu przestali rozmawiać w ogóle. Tymczasem jej mąż romansował z fotografką z planu (która koniec końców została panią Miller numer 3). Monroe coraz bardziej uzależniała się od leków na receptę. Brała trzykrotnie wyższą niż normalna dawkę środków nasennych (od których dostawała wysypki i wahań nastroju) i albo zasypiała, albo odwiedzała w takim stanie miejsce pracy. Ale jak już je odwiedzała, to nigdy nie zdarzało się jej przyjść na czas. I tak ekipa czekała na nią codziennie po kilka godzin. Jak wspomniał Edward Parone, asystent producenta:

Ludzie czekali godzinami, ale kiedy wchodziła na plan, nikt nie mówił ani słowa. Nikt nie był w stanie powiedzieć “Chryste, możesz przyjść na czas”?

Nalegała na kręcenie jednej sceny po kilkanaście razy, dokładnie sprawdzając, czy aby na pewno wypadła dobrze. Z dnia na dzień coraz bardziej i bardziej pogrążała się w uzależnieniu. „Nie była w stanie uratować siebie ani nie została uratowana przez kogokolwiek innego. To wpływało na jej pracę”– powiedział o niej Huston. W sierpniu ekipa zawiesiła produkcję na dwa tygodnie, by wysłać słaniającą się na nogach Monroe na detoks.

Arthur Miller i Marilyn Monroe na planie Skłóceni z życiem
Arthur Miller i Marilyn Monroe

Chaos, chaos i jeszcze raz chaos

Z Cliftem wcale nie było lepiej. Sama Monroe miała do niego powiedzieć „nigdy nie spotkałam kogoś w gorszym stanie ode mnie”. Na planie stale czuwali więc lekarze, by doglądać stanu zdrowia staczających się na oczach wszystkich aktorów. Nawet Huston miał podobno skłonność do popijania, a potem przysypiania w trakcie zdjęć. Nie interesowały go specjalnie motywacje aktorów i ich podejście do roli. Kiedy Marilyn przychodziła do niego po porady, mówił „po prostu graj”. Nikt niczego nie wiedział. No może poza tym, że produkcja na pewno nie zmieści się w budżecie i a zdjęć na pewno nie skończą na czas.

Clark Gable usiłował całym swoim wieloletnim doświadczeniem i determinacją pociągnąć produkcję w górę i wykrzesać coś dobrego. Pomimo że miał 59 lat, upierał się, by samodzielnie odgrywać nawet najbardziej niebezpieczne sceny (wykonał wszystkie wyczyny kaskaderskie, w tym przeciągnięcie go przez kilkaset metrów po ziemi z prędkością 48 hm/h).

Marilyn Monroe i Clark Gable na planie filmu Skłóceni z życiem (1961)

Prawdziwie skłóceni z życiem?

No dobra, ile można czytać o bulwersujących historiach z planów filmów, które koniec końców były wielkimi hitami? Bo oglądając finalny efekt, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przez ponad 2 godziny cała trójka gra tam właściwie samych siebie.

Arthur Miller posądzany był o to, że filmowa Roslyn, 30-letnia naiwna i pogubiona w życiu rozwódka, która wyjeżdża w dziką cześć Nevady z przypadkowymi mężczyznami, jest w istocie samą Monroe, przeniesioną na papier. Miał ponoć tym udowodnić światu, że jego żona potrafi grać nie tylko słodkie blond-idiotki. „Dostaje rolę, jeśli pasuje do tej roli” – mówił, trochę enigmatycznie. Scenariusz zaczął jednak niebezpiecznie odzwierciedlać rozczarowanie Millera żoną i jej problemami. Każdy dialog, każda scena z udziałem Roslyn zdaje się być kolejną cegłą w murze, który zawalił się na Marilyn Monroe.

Marilyn Monroe na planie Skłóceni z życiem

Monroe, podobnie jak grana przez nią postać pełna jest dziecięcej naiwności, która zderza się z realnym, męskim światem. Roslyn sama nie wie, czy wierzy w miłość. Łatwo daje się uwieść i jeszcze łatwiej omotać przez facetów. Nie jest do końca świadoma własnej wartości, naiwnie stara się ratować wszystkich wokół przed brutalną rzeczywistością. Nie wiem, czy jakikolwiek inny film pokazuje w tak subtelny sposób upadek wielkiej gwiazdy, jak Skłóceni z życiem.

Dzięki temu zdaje się najszczerszą i najbardziej prawdziwą kreacją gwiazdy. Zupełnie jak gdyby nieświadomie żegnała się z nami. Ostatecznie okazał się to być ostatni dokończony film Marilyn Monroe. Aktorka zmarła półtora roku po premierze Skłóconych z życiem. Nie wiadomo, czy ktokolwiek poznał, jaka była naprawdę.

– Każdy mężczyzna zawsze mówi mi, jaka jestem szczęśliwa.
– To dlatego, że sprawiasz, że mężczyźni czują się szczęśliwi.

Ambicja kontra rzeczywistość

Obok niej mamy Clarka Gable’a. Idola poprzedniego pokolenia. Aktora, pamiętającego kino sprzed wojny. Aktora, który chce za wszelką cenę udowodnić, że to jeszcze nie jego pora. I zupełnie jak postać Gaya marzy, by nic się nie zmieniało. Robi co może, by dopasować do nowych warunków. Ale świat idzie do przodu. Zupełnie jak Hollywood.To najlepszy film, jaki kiedykolwiek w życiu zrobiłem” – powiedział w trakcie zdjęć do Millera. Nie miał jednak okazji zobaczyć w całości tego najlepszego filmu. Zmarł dwa tygodnie po nagraniach na skutek drugiego już zawału serca. 

Skłóceni z życiem - Montgomery Clift, Marilyn Monroe i Clark Gable

I gdzieś w tle, przyćmiony przez tragedie dwóch kultowych postaci kina stoi Montgomery Clift. Gra nie mniej żałosną postać, która szuka swojego miejsca na świecie. Jego bohater robi wszystko, by osiągnąć sukces. Co robi Clift? To samo. Granie w filmie, gdzie ujeżdża byki i łapie dzikie mustangi to bezpiecznych nie należało. Firma ubezpieczeniowa nie chciała go jednak ubezpieczyć – przeszedł poważny wypadek, w dodatku sporo pił. Zagrał pomimo to. Chociaż może właśnie dlatego? W końcu o jego życiu po wypadku mówiło się “najdłuższe samobójstwo w Hollywood”.

Wolność czy tylko iluzja?

Wszyscy pragniemy wolności – zdają się wręcz krzyczeć do nas bohaterowie Hustona. Wszyscy dryfują przez życie, szukając najlepszego sposobu, by się przez nie prześlizgnąć. Wolność jest ważniejsza niż stabilizacja, bezpieczeństwo i pensja. Łapanie mustangów, latanie samolotem, dojeżdżanie byków, życie bez zmartwień – naiwne próby łapania wolności w świecie, w którym wolność pozostała tylko wspomnieniem. A jest coś smutnego w wizji desperackiej tęsknoty za byciem wolnym człowiekiem.

Wolność jest tylko iluzją. Ulotnym wspomnieniem, które wygląda dobrze tylko w przeszłości i przyszłości. Nikt w filmie wolności nie precyzuje, nie materializuje i nie szuka. Ich wolność żyje samotnie, tęskni, pije. Jest niespełnioną potrzebą życia inaczej niż wszyscy. Uwalnia się w desperackich próbach zniewolenia natury.

Wolność przychodzi pod postacią kowboja – symbolu WOLNEJ Ameryki. Tyle że kowboje ze Skłóconych z życiem nie są już tymi męskimi, silnymi twardzielami. Nie mamy już miejsca dla kowbojów. Wyginęli niczym filmowe dzikie mustangi, które prędzej czy później i tak trafią do puszek z karmą dla psów. W Ameryce nie ma już miejsca dzikość. Nie ma już miejsca na wolność. Tak jak nie ma już miejsca na stare gwiazdy Hollywood.

Pożegnajmy stare Hollywood

Skłóceni z życiem to doskonały zwiastun końca pewnej epoki. Epoki wielkich gwiazd i hollywoodzkich produkcji w starym stylu. Epoki mitów o potężnej, wolnej Ameryce (których zwieńczeniem była wojna w Wietnamie), mitów o kowbojach, nieskazitelnych cele brytach i filmów z cenzurą. Jednocześnie trudno znaleźć w popkulturze lepsze pożegnanie ze złotą erą Hollywood. I chociaż można zachwycać się nad pięknem romantycznych pożegnań na lotniskach, czy powiewającą chustką dziewczyny płaczącej za odjeżdżającym pociągiem, to pożegnanie jest cały czas utratą jakiejś części nas.

Montgomery Clift, Marilyn Monroe i Clark Gable na planie filmu Skłóceni z życiem (1961)

Marilyn Monroe przez kolejne (i swoje ostatnie) półtora roku swojego krótkiego życia szczerze nienawidziła tego filmu i swojej ostatniej kreacji, zmieszanej z błotem przez krytyków. Po raz kolejny i do końca pozostała tylko słodką blondynką, która gra przesadnie. Montgomery Clift miał szansę obejrzeć Skłóconych z życiem w telewizji w nocy, w którą umarł. „Absolutnie nie” – powiedział rzekomo do swojego pielęgniarza Lorenzo Jamesa, który zaproponował seans. Następnego poranka Lorenzo znalazł ciało Clifta. Abtsolutnie nie – to były ostatnie słowa, jakie powiedział w swoim życiu.

Co więc widzę takiego pięknego w przemijaniu? To, że w głowie pozostają nam wspomnienia piękniejsze niż rzeczywitość. Idealnie boska Marilyn, która zawsze śmieje się z plakatów i nigdy nie jest smutna. Doskonałe kino dawnych lat, które przez cenzurę było przecież tak idealnie pozbawione wad. Idealna młodość, w której życie było przecież takie proste. Pamiętamy je jak chcemy. Bo przecież właśnie we wspomnieniach zawsze jesteśmy prawdziwie wolni.