fbpx
Na ekranie

Zaimprowizowane sceny w starych, kultowych filmach

Zaimprowizowane sceny w historii kina - casablanca

Mówią, że miarą dobrego aktora jest umiejętność improwizacji. Z historii znamy wiele przykładów zaimprowizowanych scen, a nawet całkowicie spontanicznie wypowiedzianych kwestii. Któż zgadnie, ile z nich było tak słabych, że wylądowały do śmietnika. Dziś jednak będzie o tych dobrych improwizacjach w starych filmach. Takich, które przeszły do historii. Takich, bez których kino nie byłoby dziś tym samym. 

 

Casablanca

Casablanca to jeden z tych filmów, który cytowany jest niemal w całości. Jedną z najbardziej pamiętnych kwestii jest oczywiście “Here’s looking at you, kid”, tłumaczone w polskiej wersji językowej na wiele różnych sposobów. Co jednak najlepsze – tego nie było w scenariuszu. Humphrey Bogart podobno mawiał tak do Ingrid Bergman na planie, kiedy w przerwach ogrywał ją w szachy. Gdy Bogart spontanicznie wypowiedział to w trakcie nagrywania finałowej sceny, reżyserowi spodobało się to, jak naturalnie brzmiał. Fragment pozostał więc w ostatecznej wersji, a reszta to już historia. 

 

Nocny kowboj

Jedna z pamiętnych scen, które świetnie pokazują desperację bohatera Nocnego Kowboja, również okazuje się być improwizatorskim talentem aktora. Okazuje się, że nowojorska taksówka, która prawie potrąca głównych bohaterów (w tych rolach Dustin Hoffman i Jon Voight) niemal potrąciła ich naprawdę. Hoffman wykorzystał sytuację i całkowicie zaimprowizował krzyki w stronę kierowcy. A “Hey, I’m walking here!” stało się kultowym już tekstem z produkcji.  “Nie przejmuj się, właściwie to nie najgorszy sposób, żeby zgarnąć odszkodowanie” równie spontanicznie dodaje jeszcze po chwili do swojego partnera w tej scenie. W kontekście fabuły wypadło to na tyle dobrze, że reżyser pozostawił ten fragment w ostatecznej wersji.

 

Taksówkarz

Scena z Robertem DeNiro przygotowującym się do napadu na polityka od początku miała być zaimprowizowana. W scenariuszu było napisane, że bohater udaje kowboja, podnosi broń i mówi do siebie, patrząc w lustro. Bob [Robert] spytał mnie – co on ma mówić? –  A ja na to – zachowuj się, jak dzieciak, który dostał małą kaburę i pistolet. – powiedział potem w wywiadzie scenarzysta Taksówkarza Paul Schrader. Całość sceny miała trwać trzy minuty. To był dość odważny krok ze strony Martina Scorsese – dać prawie nieznanemu aktorowi tak duże pole do improwizacji. Efekt przerósł chyba oczekiwania wszystkich. Tak powstało “You talkin’ to me?” – dzisiaj chyba jeden z najczęściej cytowanych tekstów filmowych na świecie.

 

Dziewczyna Piętaszek

Screwballowa komedia od Howarda Hawksa pęka w szwach od zabawnych gagów i żartów językowych. W jednej ze scen, w której szef grozi bohaterowi granemu przez Cary’ego Granta wyrzuceniem z pracy, ten mówi: “Słuchaj, ostatnim facetem, który to do mnie powiedział, był Archie Leach tydzień przed tym, jak podciął sobie gardło”. I tutaj pojawia się ciekawostka: Grant nie tylko pospiesznie wymyślił ten tekst na planie, ale też… wspomniał sam siebie. Archibald Leach to jego prawdziwe imię i nazwisko, jakie nosił przed karierą na ekranie i zmianą na Cary Grant. Co ciekawe, w kilku wersjach językowych filmu (np. z włoskim dubbingiem) ten fragment został całkowicie wycięty. Tłumacze – zapewne słusznie – obawiali się, że włoscy widzowie nie zrozumieją tego absolutnego smaczka.

 

Buntownik bez powodu

W przypadku Buntownika bez powodu improwizatorski geniusz aktora dane nam jest podziwiać już w pierwszych sekundach filmu. Młody James Dean pamiętną scenę z zabawkową małpką wymyślił na poczekaniu, pod koniec… 24-godzinnego dnia zdjęciowego. Kiedy cała ekipa padała ze zmęczenia, ten zapytał reżysera Nicholasa Raya, czy ten może obrócić na chwilę kamerę. Potem położył się na podłogę i całkowicie spontanicznie odegrał układanie małpki do snu. Cały materiał posłużył potem za pierwszą scenę filmu i całkiem dobre wprowadzenie (pijanego) bohatera.

 

Wróg publiczny nr 1 (1931)

Ta scena szokuje nie tylko dziś. James Cagney wpadł na pomysł wtarcia grejpfruta w twarz bohaterki granej przez Mae Clarke całkowicie na poczekaniu i tuż przed kręceniem zaproponował go koleżance z planu. Miało to być świadomym sposobem na podkreślenie charakteru jego postaci. Ale Clarke (która podobno w czasie nagrywania była chora) nie zgodziła się. Cagney zrobił to pomimo jej sprzeciwu. Cała reakcja aktorki również jest więc w pełni naturalna. Ale to nie koniec szaleństw na planie. Cagney w swojej autobiografii wspomniał, że w czasie kręcenia scen strzelanin we Wrogu publicznym nr 1 jego głowę minęło kilka prawdziwych kul.

 

Rzymskie wakacje

Rozkoszna scena przy posągu Usta Prawdy w rzymskiej bazylice Santa Maria in Cosmedin to jeden z najczęściej (no może poza jazdą na skuterze) wspominanych momentów z romantycznej komedii Rzymskie wakacje. Bohater grany przez Gregory’ego Pecka żartuje sobie z Audrey Hepburn, udając, że kamienne Usta wciągnęły mu rękę. Mało kto jednak wie, że nie było tego w scenariuszu. Peck całkowicie zaimprowizował tę scenę przy pierwszym podejściu, a reakcja Hepburn była w stu procentach autentyczna. Nic dziwnego, że reżyser zdecydował się ją pozostawić.

 

Łowca androidów

Chociaż scenarzyści Łowcy androidów (David Peoples i Hampton Fancher) stworzyli kultowe do dziś dzieło, to najsłynniejsza kwestia pochodzi już od samego aktora – Rutgera Hauera. W jednej z końcowych scen filmu grany przez niego bohater umiera w czasie deszczu. Do scenariuszowej wersji swojego ostatecznego, wzruszającego monologu aktor postanowił jednak dodać coś od siebie. I tak fragment “wszystkie takie momenty znikną w czasie… jak łzy na deszczu. Czas umierać” wymyślony przez aktora, trafił do ostatecznej wersji filmu. Sam chyba nie spodziewał się, że te dwa zdania uczynią go autorem jednej z najbardziej kultowych kwestii w historii kina.

 

Filadelfijska opowieść

W jednej ze scen Filadelfijskiej opowieści bohater grany przez Jamesa Stewarta odbywa pijacki dialog z Cary Grantem. Stewart nie powiedział jednak koledze na planie, że postać, w jaką się wciela, dostanie nagle… pijackiej czkawki. Co najlepsze, Grant natychmiast wczuł się w sytuację, dodając całkowicie naturalne “Excuse me”. Kiedy przyjrzymy się jednak dokładnie na reakcję Granta, można zauważyć, że w pewnym momencie obaj są blisko roześmiania się. Pierwsze spontaniczne ujęcie wyszło na tyle dobrze, że ta wersja dostała się do oryginalnego filmu.

 

Na nabrzeżach

Zestawienie scen wymyślonych na poczekaniu nie mógłby nie zawierać prawdziwego mistrza improwizacji. Marlon Brando wiele razy zaskakiwał reżyserów spontanicznymi kwestiami – często przez swoje lenistwo (zdarzało mu się, że przychodził na plan, nie znając scenariusza). Jak mało kto potrafił jednak dostosować się do nagłych sytuacji, które wychodziły poza scenariusz. Tak powstała właśnie zabawa z rękawiczką bohaterki granej przez Evę Marie Saint, trwająca przez ponad trzy minuty w filmie Na nabrzeżachCałkowicie spontanicznie, bez cięć i za pierwszą nagrywką. Po co marnować taśmę, jak ma się na planie takiego aktora?

 

Trzeci człowiek

“We Włoszech przez 30 lat panowania Borgiów szerzyły się gwałt, terror, mordy i rozlew krwi, ale kraj wydał Michała Anioła, Leonarda da Vinci i cały renesans. W Szwajcarii panowała braterska miłość; mieli tam 500 lat demokracji i pokoju. I co stworzyli?Zegar z kukułką.” Plotki mówią, że Orson Welles w całości zaimprowizował tę kwestię na planie. Inni uważali, że chociaż nie było tego w scenariuszu, to zaczerpnął swój tekst od malarza Jamesa Abbotta McNeilla Whistlera. Scenarzysta Graham Greene potwierdził jednak, że część tej kwestii faktycznie była zawarta w scenariuszu, ale fragment o kukułce wyszedł z ust Wellesa całkowicie spontanicznie. Co ciekawe z kolei inna kultowa scena była improwizacją. Ekspozycja bohatera granego przez Wellesa, czyli słynny fragment z kotem w cieniu kamienicy, wpadł twórcom do głowy już w trakcie zdjęć. Na ulicy kręciło się sporo kotów, więc postanowili z tego skorzystać.

 

Lśnienie

Kultową scenę pogoni za żoną, chowającą się w hotelowej łazience, ekipa pracująca nad Lśnieniem kręciła podobno aż 3 dni. Niejedna osoba pewnie zastanawiała się jednak, dlaczego Jack – bohater grany przez Jacka Nicholsona w Lśnieniu po rozbiciu dziury w drzwiach krzyczy do swojej przerażonej żony “Here’s Johnny!”. Kwestia ta w całości została zaimprowizowana przez Nicholsona w jednym z setek zrobionych już pod rząd ujęć. To zdanie zaczerpnął ze słynnego wprowadzenia Johnny’ego Carsona w telewizyjnym programie The Tonight Show, prowadzonego wtedy przez Eda McMahona. Nadal można sobie zobaczyć ten moment na YouTube.

 

Ojciec chrzestny

Ojciec chrzestny napakowany jest wręcz spontanicznymi scenami czy kwestiami. Ale nie tylko Marlon Brando z kotem na kolanach zasługuje na zapamiętanie. Nie mniej pomysłowy był też, chociażby Richard Castellano, który grał ekranowego Clemenzę. Jak możemy zobaczyć w oryginalnych zdjęciach scenariusza filmu, w dialogu po zasadzce na Pauliego Gatto zapisane było jedynie “Zostaw broń”. Ale Castellano spontanicznie dodał jeszcze “Weź Cannoli”, nawiązując do sceny wcześniej, kiedy to jego żona przypominała mu o tym, by pamiętał o deserze. Wypadło na tyle naturalnie, a jednocześnie komicznie, że pozostawiono scenę w ostatecznej kinowej wersji. 

 

Czas apokalipsy

Czas apokalipsy to był prawdziwy horror, także na planie. Choroby tropikalne wśród ekipy, kradzieże sprzętu, smród kupionych na potrzeby filmu ludzkich zwłok, wybryki głównych aktorów – a to wszystko przyprószone sporą ilością narkotyków. Cała postać grana przez naćpanego Dennisa Hoppera była podobno od początku do końca zaimprowizowana (wciągał kokainę tuż przed kręceniem i po prostu dostawał słowotoku). Ale to wciąż nie on dał najbardziej porywający popis aktorski tego filmu. Tytuł najlepszego improwizatora zdobył bowiem Marlon Brando, który przybył na plan ze sporą nadwagą i nie pamiętając żadnej ze swoich kwestii. Książki Jądro ciemności (na jej podstawie oparto scenariusz) też nie widział na oczy. Podobno Coppola nagrał na taśmę kwestie, jakie Brando miał wypowiedzieć i dał mu do ucha małą słuchawkę, ale nawet to nie pomogło. Brando, jak to Brando mamrotał pod nosem. W końcu zaimprowizował kilkanaście minut mówienia zupełnie spontanicznie, a jego słynne “horror… horror” wywołuje ciarki do dziś. 

 

Jakie inne improwizatorskie wirtuozje aktorów dodalibyście do tej listy?

 


Po codzienną dawkę filmowych smaczków wpadaj na: